Labirynty Tarota

    Tarot jest dzisiaj powszechnie znaną formą diwinacji lub też tzw. „wróżenia”. Uważam, że termin „wróżenie” jest terminem nieadekwatnym, albowiem tak naprawdę umniejsza on w samym brzmieniu możliwości, które Tarot niewątpliwie posiada. Wróżenie kojarzy mi się z paplaniem głupot za pieniądze, odliczaniem płatków rumianku i z Andrzejkami, podczas gdy wiedza Tarota znana ludzkości co najmniej od pięciu tysięcy lat, a w tradycji europejskiej od XV wieku, nie powinna być lekceważona. Mówi się o „mądrości Tarota”, karty trafiają do ciekawych i chłonnych kręgów intelektualnych i artystycznych, stają się obiektem zainteresowania wielu niepodważalnie inteligentnych i z pozoru racjonalnych osób. W końcu sam Carl Gustaw Jung, czy Italo Calvino kierowali ku Tarotowi swoje zainteresowanie i pracowali nad nim.
    Spotkałam wiele sceptycznych osób, które z ironicznym uśmiechem podchodziły do kart. Niektórzy z samej tylko ciekawości chcieli, aby stawiano im Tarota, tak „dla zabawy”. A kiedy wyszło, że pan K. zdradza żonę, pani C. właśnie została opuszczona przez umiłowanego kochanka z powodu jego zaborczej matki, a pan E. ma problem z kokainą itd., „zabawa” przestawała być zabawą, i zamiast sceptycznych grymasów pojawiał się strach, zażenowanie i... podziw?, w końcu szacunek do rzeczy niewidzialnych.
    Kartami Tarota interesowałam się od wczesnych lat, ale nie miałam z nimi osobistej styczności, aż do momentu kiedy pięć lat temu wylądowałam w Nowym Orleanie. Nie ma lepszego miejsca na Ziemi, żeby zaczerpnąć coś z okultyzmu i wiedzy ezoterycznej, niż ten bagnisty kawałek Ameryki Pn., gdzie moczary nasiąknięte mściwą krwią niewolników, rytualne śpiewy, Voo Doo, moc afrykańskich zaklęć stwarzają wyjątkowy klimat na rozwój magii, technik uzdrawiania i wróżenia. Co tylko człowiek zechce! We francuskiej dzielnicy Nowego Orleanu dziesiątki stoliczków z chiromantami i tarotologami oblegają tłumy ignorantów chętnych, by sprawdzić jak i z kim będą żyli długo i szczęśliwie. Można tam spotkać przedziwne sklepy z tajemniczymi eksponatami magicznymi, kryształami, przedziwnymi książkami i ludźmi.

    Urzekł mnie Tarot
    Zawsze uważałam, że karty same w sobie są przecudne. Zwłaszcza talie Visconti-Sforza i Scappini. „To dzieła sztuki” – myślałam. Ikony archetypów, kabalistycznych przymiotów bożych. Interesowała mnie psychologia głębi i teoria archetypów, więc od Junga, który Tarotem był zafascynowany, do samego Tarota droga wydawała się bardzo krótka. Przeszukiwałam nowoorleańskie antykwariaty z rycinami i rozmaitymi magicznymi ilustracjami. Znalazłam „Trzy księgi filozofii okultystycznej” Agrippy i pisma alchemiczne pełne pięknych symboli. Byłam w siódmym niebie!
    Po kilku miesiącach studiowania Tarota, zaczęłam czytać karty jak z nut. Weszłam w to szybko i sprawnie. Zaczęłam „wróżenie” od siebie, potem „zabawiałam” przyjaciół. Z tą różnicą, że zamiast „zabawy” coraz poważniejsze rzeczy zaczęły wydobywać się z kart na światło dzienne: intrygi, źródła intryg, szczęśliwe i pechowe zdarzenia, trudności, dobra passa itd.
    Przydarzyło mi się wówczas coś dziwnego. Kiedy zostałam zaproszona na kolację do bardzo nieprzychylnej mi – o czym przekonałam się później – osoby, podano mi w posiłku kawałek szkła, aby się zakrztusić. To sztuczki Voo Doo – miało to podobno jakieś rytualne znaczenie. Szczęśliwie pomyliłam wyznaczone wcześniej miejsca przy stole i szkło trafiło do osoby, z którą w ostatniej chwili zamieniłam się miejscami i która znalazła się w mojej sytuacji. Wyszło z tego incydentu jeszcze wiele przykrych okoliczności, ale sęk w tym, iż od tej pory postanowiłam uzbroić się w „moc”. Był to decydujący moment, po którym postanowiłam zacząć zawczasu wykrywać podstęp oraz intrygi skierowane przeciwko mnie i bliskim mi osobom. Oznaczało to głębszy stopień zaawansowania w Tarocie.
    Tak też się stało. Tarot podpowiadał mi co myślała dana osoba, dlaczego była komuś nieprzychylna. Intencje, nawet te nieuświadomione lub przyszłe, wypływały na wierzch. „Wróżby” zawsze się sprawdzały. Odznaczały się wyjątkową trafnością przewidywań. Nawet kolega materialista zaczął często pukać do moich drzwi. Znajomi ze sceptyków i ateistów przeobrażali się w zaciekawionych adeptów okultyzmu uznających sferę irracjonalną.
    Czułam się „mocna”. Podobała mi się ta „przenikliwość”, umiejętność „odczytywania” ludzi. Wiedziałam, że w przypadku wrogości uchronię się od podstępu, że przeniknę odpowiednio wcześniej intencje intrygantów. Przestrzegałam również innych przed złem, fałszem, błędnym zaufaniem. Uważałam, że pomagam innym.
    Po dwóch latach zajmowania się Tarotem zaczęły pojawiać się wokół mnie dziwne rzeczy. Długopisy turlały się same ze stołów na podłogę, spadały przedmioty, przesuwały się szklanki. Pojawiały się „mroźne miejsca” w ciepłym mieszkaniu, ktoś ciągle szeptał, bez powodu gasły świece. Zaczęłam bać się ciemności, otwartych drzwi. Słychać  było kroki jakby ktoś chodził po mieszkaniu – ich pochodzenie było nie do wytłumaczenia. Znajomi mawiali „masz silne biopole”, „masz silną energię wokół siebie”. „Taaak” – myślałam.
    Zaczęłam odczuwać lęk, i dlatego po długim okresie niemodlenia zaczęłam się modlić. Wracałam jednak do medytacji nad Tarotem. Próbowałam łączyć dwa przeciwne bieguny. Im więcej się modliłam, tym bardziej czułam się wystraszona. Wierzę jednak, że to Chrystus ukazywał mi w co się wpakowałam. Te dziwne symptomy, o których wspomniałam powyżej zaczęły się nasilać, kiedy otwarcie wróciłam do chrześcijaństwa. Uważałam, że Tarota i chrześcijaństwo da się pogodzić, że te rzeczywistości nie wykluczają się – oczywiście myliłam się. Zaczęłam miewać koszmary nocne. Po medytacjach nad Tarotem zaczęłam odczuwać bardziej wzmożony lęk. Nie dało się tego niczym wytłumaczyć. „Co jest grane?” – myślałam.
    Po wieloletniej przerwie zaczęłam przyjmować Komunię świętą. Możecie mi wierzyć lub nie, ale od tej pory przestałam rozumieć karty. Niegdyś czytelne konfiguracje celtyckie i złożone Manteie, teraz jawiły się jako niezrozumiałe układy obrazków. Myślałam, że to niemożliwe, że po czterech latach stawiania Tarota nie można go nierozumieć. Po pierwszym, czy drugim razie, kiedy nie potrafiłam sobie poradzić z odczytaniem Tarota myślałam, że mam po prostu zły dzień. Uważałam, że jakiś rodzaj stresu zakłócił moją łatwość wchodzenia w informację kart. Zastanawiającym było jednak to, że przez cztery lata równie stresogennego życia nie miałam nigdy problemu żeby czytać Tarota. Zbliżałam się do czasu rozpoczęcia mojej duchowej walki o czym kompletnie nie miałam pojęcia. Uważałam nawet, że Tarot jest alternatywną formą łączenia się z Bogiem i medytacją nad jego przymiotami. Ktoś mi potem powiedział, że ten, kto czyta karty ma kontakt z demonami. Wyśmiałam to – Tarot jest za inteligentny na takie bzdury, jest wspaniałym narzędziem samopoznawczym. Coraz bardziej jednak zaczęłam dostrzegać, że Tarotowi przeszkadza Jezus i trzeba podjąć jakąś decyzję.
    Zerwanie z Tarotem było dla mnie dość dramatyczne. Koszmary nocne bywały częściej, raz obudziłam się podrapana do krwi. Niektórzy uważają, że po jednej spowiedzi wszystko mija. Nieprawda. Wchodzi się przecież w kontakt z manipulatywną Inteligencją, potężniejszą niż możemy sobie wyobrazić. Było jasne, że za Tarotem ktoś stał. Nie mogłam w to uwierzyć, ale fakty mówiły za siebie. Przyjmowanie Sakramentów na pewno umacnia, ale i wkurza tę drugą stronę. Wiara w Chrystusa jednak zwycięża. Jego moc jest wielka. Bez kokieterii powiem, że Jego miłość jest również przeze mnie wyjątkowo odczuwana – dawno nie czułam się tak kochana.
    Z własnej ignorancji i frywolnej ciekawości byłam umarła, ale dziś jestem żywa (to wcale nie jest śmieszne!). Nie żyję już w ciemności. Chrystus jest wielowymiarową rzeczywistością, jest potężniejszy i bardziej „piktorialny” niż kiedykolwiek myślałam. Sądziłam przedtem, że Chrystus jest trudny, niekolorowy, niedostępny, a Tarot i jego „mądrość” (osobowa, jak się okazuje) malowniczy, pomocny, atrakcyjny. Jest dokładnie na odwrót. Światło i równowaga wewnętrzna są dla mnie dzisiaj realnym stanem.
Chciałabym ostrzec, że Ciemność wygląda lepiej niż komukolwiek się zdaje. Gotowe odpowiedzi na wszystko. Wszystko kolorowe i obcykane. Bingo! Tarot to najinteligentniejsza pułapka, w jaką kiedykolwiek wpadłam. Nie dajcie się zwieść Ciemności.
Maja